Wracam!

Jakoś tak ciągnie mnie ciągle do tego pisania – dlatego postanowiłam wrócić. Raz – że ciągnie, dwa – dokonałam ostatnio odkrycia 😉
i pomyślałam sobie, że jest ono nieprawdopodobnie kompatybilne z moją pracą – i znak to niechybny, że muszę podzielić się owym odkryciem, a blog jest chyba najlepszym do tego miejscem. Owe odkrycie dotyczy zupełnie, totalnie – całkiem – strefy prywatnej – ale przecież pracując nad wnętrzami dla Was, również jej dotykam. Pytam przecież, jak lubicie mieszkać, żyć.

Od początku zatem. Chciałabym bardzo podzielić się moimi ostatnimi doświadczeniami, które umocniły mnie w przekonaniu, że – jakkolwiek tandetnie to brzmi – wszystko jest głowie. Eureka, coo… Nasze lęki, obawy, wyobrażenia, które często – po skonfrontowaniu z rzeczywistością, okazują się nie takie straszne, a nawet dokładnie odwrotnie. U mnie tak to właśnie zadziałało w dwóch kwestiach – pierwsza dotyczy przeuroczych stworzeń, których całe dotychczasowe życie się zwyczajnie bałam. W zasadzie nie wiem nawet dlaczego. Myślę o koniach. Moje cudowne dziecię ( wielbicielka wspomnianych odkąd pamiętam ) wymyśliło, że bosko byłoby tak razem…

Przekonała mnie. Spróbowałam. Zakochałam się. Jesteśmy w stajni często. Nieprawdopodobną historią jest, jak te zwierzęta fantastycznie wpływają na samopoczucie. Jeżdżąc, liczy się tylko tu i teraz! Cudowne! Oczywiście mogę mówić jedynie o swoich spostrzeżeniach. W życiu nie wymyśliłabym, że będę jeździć konno – podobnie, jak nie wymyśliłabym dalekiej podróży… na motorze.

I wiecie coo… – to była jedna z moich najlepszych podróży. Nie przewidywałam, jak wielkie poczucie wolności – jasne, być może pozorne – daje taka jazda. Najcudowniejsze – po mojemu 😉 – były niesamowite zapachy: ziół, kwiatów, ziemi, dymu, grilowanego mięsa… Odczuwalne różnice temperatur, otulające – raz ciepłe, raz zimne powietrze – o widokach nie wspominając. Oczywiście – niebagatelną sprawą jest, gdzie się podróżuje – ale sam rodzaj transportu – wierzcie mi proszę – obłęd! Obłęd, o jaki nie podejrzewałam się nigdy – i to jest najlepsze, i to jest właśnie kwintesencją tej bazgraniny. No bo, no bo – w mojej pracy tak jest często – klienci zaczynają od klasycznych spojrzeń na wnętrza – bo „co ludzie…”, a czasem – choć już teraz, po moich historiach różnych myślę, że zawsze – należy dać sobie szansę na coś innego. Na sprawdzenie czy aby na pewno mi to nie pasuje. Czasem, wychodząc z takiego właśnie założenia, możemy pozbawić się – lekkomyślnie dość 😉 – doskonałych przeżyć, a już na pewno doskonałej zabawy. Powtarzam do znudzenia moje hasło: „projektowanie jest jak dobra zabawa – należy jedynie mieć otwartą głowę”.

Także ten – próóóbuuuujcieee – z betonem, sztukaterią, kolorami we własnych wnętrzach – i fantazją we własnej głowie!

PS. Mam jeszcze jedną fascynującą, jak mi się zdaje, historię – ba! – proces cały, ale o tym, za chwilę jeszcze.

Tymczasem, j.

Blog